Zaczynam przygodę z "Battlestar Galactica". Dwuodcinkowy miniserial, który był pierwszym liźnięciem świata, wydał mi się średni. Niby polubiłam postacie, niby działy się interesujące rzeczy, ale tempo mi nie podeszło. Nie wyłączyłam ze względu na Gaiusa i kilku innych bohaterów, którzy zyskali moją sympatię. Końcówka za to mnie totalnie zauroczyła i kiedy dowiedziałam się, że wśród załogi jest cylon, doszłam do wniosku, że się przemęczę i obejrzę choć kawałek serialu, żeby zobaczyć jak to rozwiążą.
Po pierwszym odcinku jestem zachwycona. Nie... To nawet nie jest dobre słowo. Jestem zauroczona i nie mogę przestać się ekscytować. Mam takie przyjemne uczucie w środku jak wtedy, kiedy odnajduję rzecz, która ma szansę zmienić moje życie. Wiele razy podczas oglądania seriali albo kreskówek żałowałam, że nie spisywałam myśli na świeżo po każdym odcinku, dzięki czemu miałabym nostalgiczny zapis czegoś co jest dla mnie naprawdę istotne. Teraz mam szansę coś takiego zrobić.
Oto opowieść o tym jak stałam się fanką "Battlestar Galactica". Albo o tym jak boleśnie przekonałam się, że nie wolno oceniać seriali po jednym odcinku. Tak czy siak jestem strasznie podekscytowana.
Tak, będą spoilery.
s01e01 33
Mój punkt zero.
Jesteśmy w momencie zakończenia miniserialu. Bardzo mnie to cieszy, bo chcę wiedzieć co dalej. Naszą flotę ścigają Cyloni. Pojawiają się dokładnie co 33 minuty, a jedyną drogą ucieczki są skoki w przestrzeni. Żeby je wykonać, potrzebna jest uwaga całego wojska. Zresztą taka podróż jest męcząca dla organizmu i nawet cywile nie mogą zasnąć. Taki stan rzeczy trwa 130 godzin. Troszkę za dużo.
Widzimy tych wszystkich ludzi na skraju wyczerpania. Prawdopodobnie bardziej psychicznego niż fizycznego, bo pojawiają się głosy, że w końcu coś pójdzie nie tak i że nie można uciekać tak nieskończoność. Morale ocierają brzuchem po dnie, kiedy w czasie skoku gubią jedną z dużych jednostek cywilnych.
Jestem zauroczona Gaiusem. Wielki sentyment do niego jest jedyną rzeczą jaką wyniosłam z miniserialu. Wciąż nawiedza go blond cylonka. Oprócz rozmów o Bogu mamy też takie o dzieciach. Wiadomo - przecież to ludzka sprawa niezrozumiana dla maszyn (teoretycznie tak jak Bóg). A gdy po zgryźliwym komentarzu "To co, chcesz mały tosterek?" cylonka odpowiada, że chciałaby mieć dziecko z Gaiusem... Mam już parę, której będę kibicować. Przewiduję, że ona zginie w jakimś heroicznym poświęceniu. Dla ludzi. Gaiusa. Boga może.
Zaczynam rozpoznawać Starbuck. Uwielbiam kiedy się pojawia. Scena, w której kłóci się, żeby nie wziąć leków - perełka.
Okazuje się, że cyloni znajdują całą flotę po tym 1 statku, który znów się pojawia. Przypomnę,że cywilnym. Z masą ludzi. I bronią nuklearną. Widząc jakie wątpliwości ma pani prezydent, generał i żołnierze, nie mogę się nie uśmiechać. Takie dylematy przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Ludzie się boją, męczą, nie są pewni czy to co robią jest w porządku. Kupiłeś mnie serialu.
Jest jeszcze jedna scena, która przekonała mnie do tej marki. Śliczna kobieta, której imienia jeszcze nie znam, uchodźczyni, zapisuje się na statku. Chciałaby oddać do depozytu zdjęcia, ale zapisujący mówi, że tego nie mogą przyjąć i jeśli chce, może powiesić je na korytarzu. Kobieta idzie, ale na ścianie nie ma miejsc. Skręca z róg. Widzimy cały długi korytarz oblepiony zdjęciami. Nie jestem pewna, która z tych scen zrobiła na mnie większe wrażenie.
O! I na koniec, gdy prezydent patrzy na zmniejszoną liczbę ludzi, okazuje się, że urodziło się pierwsze dziecko w kosmosie (w sensie po ucieczce od cylonów). Taki miły, dobry gest od twórców, który sprawia, że jestem jeszcze bardziej podekscytowana.
Kocham ten odcinek. Mam nadzieję, że seria będzie utrzymana w podobnym tempie i klimacie. Coś czuję, że nawet przy moich trudnościach z rozpoznawaniem twarzy ogarnę większość postaci. Jestem zachwycona nie tylko scenariuszem, ale i grą aktorską. I scenografią. To wygląda tak dobrze, chociaż to serial z 2004.
s01e02 Water
Nadal jestem wciągnięta. Boomer (pamiętam kolejne imię!) budzi się gdzieś na pokładzie i jest cała przemoczona. Nie rozumie co się stało, w przeciwieństwie do nas, wiedzących, że jest cylonką. Przy sobie ma detonator. Kiedy go chowa w zbrojowni, dostrzega, że brakuje sześciu innych. Idzie do mechanika, który chroni jej tyłek nawet wtedy, kiedy wybuch niszczy zapasy wody. Swoją drogą, efekty specjalne są wciąż niezłe. Ale maszyny i kosmos nie starzeją się aż tak bardzo.
Podoba mi się wątek pani prezydent i generała. Widać rodzący się szacunek. Wydeptywany nieśmiało, trochę nieumiejętnie, ale jednak. Danie książki było przeurocze, a kiedy dowiedziałam się, że ta cała formalność była tylko dlatego, że wojskowy chciał, żeby pani prezydent czuła się jak prawdziwa głowa ludzkości, rozczuliłam się na dobre. Coś czuję, że w końcu zabraknie nam tego generała i miejsce zajmie jego syn. Mam nadzieję, że nie, bo polubiłam starszego, ale coś tak czuję. Jest zbyt kompetentny. A synek stał się doradcą pani prezydent, a takie łączenie roli doradcy i generała dawałoby mnóstwo nowych dylematów.
Nie za bardzo obchodzi mnie wątek pilota na planecie i cylonki wyglądającej jak Boomer. Po prostu nie.
Za to Starbuck i Gaius mają przyjemną scenę przy kartach. Węszę napięcia wszelkiego rodzaju.
Jest jeden zgrzycik w tym całym wspaniałym odcinku. Otóż flota wysyła poszukiwaczy po wodę. Wiadomo, bez tego by nie przeżyli. W jednym z takich stateczków jest Boomer i drugi pilot. Czemu, ach czemu założyła u siebie ładunek wybuchowy? Żeby w razie czego, jak znaleźliby wodę, się wysadzić? Po co? Nie miała pewności, że inne stateczki tego nie zrobią. Przecież wystarczyłoby, żeby twierdziła, że wody nie ma. Widzieliśmy, że to działało! A gdyby odkryła wodę i wybuchła, i tak polecieliby następni. Nawet gdyby nie zdołali przekazać bazie tej informacji przed wybuchem i tak wysłaliby w ten sektor statki, żeby przebadać jeszcze raz teren albo ogarnąć co to za niebezpieczeństwo im zagraża.
To było tylko po to, aby mechanik mógł się upewnić, że Boomer to cylonka i nic z tym nie zrobić. Bo jest zakochany? Bo jest idiotą? To na pewno wróci potem jako większa część. A można było ochronić ludzi tak łatwo! Po co ona w ogóle dopuściła do sytuacji, że się o tym dowiedział?
A może nie powinnam wymagać zbyt wiele od Boomer? W końcu widać, że walczą w niej dwie natury. Całkiem dobra scena. Za nią wybaczam nieścisłości.
środa, 5 września 2018
wtorek, 14 sierpnia 2018
Aftermath - recenzja
Założę się, że część ludzi, tak jak mnie, czasem napada ochota na obejrzenie czegoś słabego. Najczęściej w takich sytuacjach sięgam po horrory, filmy o wielkich zwierzętach albo animacje, bo tam najłatwiej o tego typu potworki. Zawsze można też zainteresować się serialem skasowanym po pierwszym sezonie.
Nie ma co czarować - "Aftermath", serial z 2016 roku, jest słaby. Czy rozkosznie słaby? W niektórych momentach, owszem. Chociaż czasami tempo bywało nieznośnie wolne i czułam pokusę, żeby przewinąć, to jednak każdy z 13 odcinków ostatecznie dostarczał mi tylu powodów do śmiechu i wytykania głupot, że ogólnie mile wspominam tę produkcję od SyFy.
O czym to jest?
Łatwiej spytać o czym to nie jest. Ale do tego dojdziemy.
Założenie jest proste. Widzimy koniec świata i rodzinkę, która stara się przetrwać. Zasadnicze pytanie brzmi: co to za koniec świata? Czy chodzi o katastrofy naturalne takie jak tornada, trzęsienia ziemi, powodzie? A może jakiś wielki meteoryt? Albo zombie? Opętujące demony? Starożytne dinozaurowate? Mityczne drzewa pożerające ludzi? Obce wymiary? Przerażające przepowiednie? Tybetańscy mnisi z przyszłości? Diabelscy Amisze? Odpowiem krótko: TAK.
![]() |
| Tak. I jeszcze więcej. |
Nasza apokalipsa jest wesołym miksem wszelkich tropów, które choć chwilę stały przy filmach o charakterze "the end is near". Czy to się sprawdza? Oj, nie. Może wrzucenie wszystkich pomysłów jakie mieli scenarzyści by się sprawdziło, gdyby to było w jakikolwiek sposób logicznie połączone, ale tutaj nikt nie zadał sobie trudu, żeby to ogarnąć. Przez cały seans miałam wrażenie, że te wszystkie "straszne rzeczy" się ze sobą nie łączą. Dlaczego zmiennokształtni i drzewa żrące ludzi? Motocyklowe gangi i dinozaury? Większość rzeczy nawet się ze sobą nie spotyka. Każdy odcinek opowiada o osobnym zagrożeniu. To nie jest dobra zupa, tylko surowe składniki wrzucone do gara tylko po to, żeby można było je odhaczyć na liście.
Ta osobność odcinków jest niesamowita. Nie ma czegoś takiego jak kontynuowanie poprzednich wątków. Raz zajmujemy się teorią pani geolog, a w następnej chwili wyskakują japońskie pnącza, o których nikt nigdy nie wspominał. Mam wrażenie, że między poszczególnymi epizodami brakuje kilku odcinków spajających wszystko w logiczny ciąg. To się dzieje za szybko, fabuła nie nadąża, relacje nagle się zmieniają, postacie, które poznaliśmy w poprzednim odcinku, umierają w następnym i wyraźnie ma być nam przykro. Czułam się podobnie jako dziecko, kiedy przegapiałam kilka odcinków serialu, bo mogłam oglądać go tylko w piątki. Co zabawne scenarzyści zdają sobie z tego sprawę. Umieszczają w ustach bohaterek rozmowy o tym, że te mają wrażenie jakby świat miał zakrzywioną czasoprzestrzeń i dni wydają im się latami. Interesujący motyw, szkoda, że nie pokazali tego w żaden sposób, bo bez dowodów, to brzmi na wymówkę strasznie leniwego pisarstwa. Tak samo jak rzucone nagle: to wszystko wina komety, bo otworzyła przejścia.
Drodzy scenarzyści, ja po prostu nie wierzę w wasze nagle rzucone deklaracje.
Jedyna rzecz, która mi w tym zaimponowała, to fakt, że można spokojnie włączyć sobie jakikolwiek odcinek i bawić się lepiej niż przy ślęczeniu tak jak twórcy przykazali - od początku do końca.
W sumie mogę też uznać, że jestem pod wrażeniem efektów specjalnych. Są naprawdę okropne - sztuczne i nienamacalne. Rozumiem, że to serial, rozumiem, że budżet, ale to jest tak przyjemnie słabe, że na sama myśl nie mogę przestać się uśmiechać. Polecam obejrzeć trailer! Widać w nim najgorzej wyglądające stworzenie w całej historii. Ta chwilka niestety nie okaże pełnej krasy, ale da pewien obraz jak wygląda "Aftermath" od strony wizualnej.
Bohaterowie
Copeladowie składają się z matki-terminatorki, znaczy byłej wojskowej, ojca naukowca, prawie 17-letnich bliźniaczek (tak, jedna jest bardziej zbuntowana i w końcu nauczy się, że rodzina jest ważna; tak, druga to poważna kujonka, która nauczy się odpuszczać) i syna. Takiego typowego syna, z którym się wiąże nadzieje i który stara się być dobrze postępującym, miłym gościem.
![]() |
| "Spokojnie, ona była w siłach powietrznych." |
Spotkamy też ciotkę prawie że hipiskę, znajomych wojskowych, dobre partie dla dzieciaków, gangsterów, naukowców, motocyklistów, istoty nie z tego świata, autostopowiczów... Oczywiście, że czeka nas masa postaci, skoro każdy odcinek dzieje się gdzie indziej. Fort, gospodarstwa, miasta, komuna motocyklistów, która utrzymuje się z tworzenia nowoapokaliptycznych narkotyków, ulica, schron, kolejny schron... Wciąż pamiętacie, że to tylko 13 odcinków?
Jak wspominałam postacie i wątki są na jeden odcinek, jak w kreskówce, gdzie nie musisz oglądać po kolei, i to bardzo utrudnia wywoływanie jakiegoś napięcia, skoro wiemy, że wszystko musi wrócić do punktu wyjścia. Najbardziej uderzyło mnie to w momencie, kiedy jest nam bardzo zasugerowane na dosłownie chwilę, że matka może rzucić męża dla dawnego kolegi z wojska. Wiem, że do tego nie dojdzie, więc się nie przejmuję. Trudno opisać jak bardzo jest jasne, że scenarzyści rzucają to dla odhaczenia wątku. Nie dają chwili na rozwinięcie się albo chociaż potwierdzenie emocji, jakie postacie mają do siebie czuć. Doskonale widziałam, że twórcy chcą, żeby wyglądało to jak prawdziwy problem (ujęcia, słowa i reakcje postronnych), a równocześnie ta cała chemia wyraża się w zdaniach, które brzmią jak żart. Niestety nie miał być to dowcip, który nadinterpretuje mąż, bo główna bohaterka na poważnie stwierdza, że nie może opuścić rodziny. Strasznie żałuję, że nie dano tym bohaterom żadnych scen, które mogłyby zasiać w nas wątpliwości, bo byłoby to odświeżające, ale oczywiście rodzina musi jechać dalej, zostawiając wszystkich, prócz wybranków dzieci, za sobą
Zastanawiające jest to jak dziwnie działają spotykani przez głównych bohaterów ludzie. Nawet jeśli logika nakazywałaby im odjechanie, zawsze zostają. Chyba wiedzą, że ramy kolejnego odcinka nie wpuściłyby ich do siebie.
Komu polecam?
Nie mam serca was w to puszczać. Trzymajcie się z daleka. To słaba historia o apokalipsie, słaba historia o rodzinie i słaba historia ogólnie. Nawet jeśli lubicie kiepskie dzieła, możecie się zawieść. Oglądanie "Aftermatha" było męką. W czasie seansu strasznie nużyło mnie wolne tempo i sceny, które wydawały mi się niepotrzebnie rozwlekłe. Dopiero po czasie, kiedy wspominam to co zobaczyłam, czuję jakąkolwiek radość. Miejcie to na uwadze. Oglądanie nie jest zbyt przyjemne, ale wspominanie już tak.
Już bardzo prywatnie:
Słabe romanse słodkie do porzygu.
Scena z bahshee. Ja nawet nie wiem...
Tak strasznie widać, że oni nie mają celu. I że go nawet nie szukają.
7 odcinek nawet bym sobie obejrzała jeszcze raz, bo to co tam się odwala jest jak z całkiem innego serialu. I jest tam jedyny fajny bohater. Mnisi z przyszłości to klasa sama w sobie.
Żeby nie było, doceniam scenę, gdzie zabili nastolatka, bo myśleli, że jest opętany, a on był tylko chory psychicznie i leki mu się skończyły.
Czemu wszyscy działają jak kretyni?
Zdjęcia tu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
s01e06 Litmus Zaczyna się z przytupem. Na statku znajduje się kolejny cyloński agent, który przechodzi swobodnie "wyżej", ...
-
Nienawidzę wspólnego oglądania filmów i seriali. To dość zaskakujące odkrycie, bo przez lata w moim życiu ukształtowała się cała tr...
-
Autorzy, Youngchan Hwang i Carnby Kim, zdecydowali się dać do opisu tylko jedno zdanie: "There is a serial killer ...


