wtorek, 14 sierpnia 2018

Mad Dogs - recenzja



                Na początku "Mad Dogs" nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Gdyby nie mała ilość odcinków i perfekcyjne zakończenie pierwszego sezonu, pewnie bym sobie odpuściła, a tak spędziłam czas w naprawdę dobrym towarzystwie.



A oto i ono.


                Wersja, o której tu piszę, to oryginał stworzony przez Crisa Cole'a w 2011 roku. Serial ma 4 sezony( po 4 odcinki w trzech pierwszych sezonach, po 2 w ostatnim). Z perspektywy czasu taki podział jest dla nas nieistotny, bo trzy pierwsze sezony opowiadają spójną historię. Czasami początki sezonów dzieli od zakończeń poprzednich tylko mrugnięcie oka. To sprawia, że całość można (albo raczej - powinno się) obejrzeć ciągiem, bez przerw dłuższych niż kilka dni. Na szczęście tak mała liczba odcinków pozwala na brak "punktów oddechu", czyli miejsc, gdzie wszystko się wycisza, widz ma poczucie spełnienia i można na chwilę wstrzymać oglądanie w trosce o swoje oczy.


                Sezon czwarty jest całkiem inny nie tylko przez wzgląd na długość (tylko 2 odcinki). Akcja dzieje się dłuższy czas po zakończeniu poprzedniego i ma całkiem inny ton, pozbawiony prawie w całości humoru. Jest jak opcjonalne zakończenie dla tych, którzy uważali poprzednie za zbyt sielskie czy optymistyczne i domagali się krwi. Podejrzewam, że stąd biorą się takie kwiatki jak gatunek dramat na filmwebie.


                Trzeba jasno zaznaczyć, że "Mad Dogs" to przede wszystkim komedia. Nie oszczędzająca swoich postaci, bardzo czarna komedia omyłek. Mrocznych, brutalnych, absurdalnych omyłek. Jeśli coś ma pójść źle - pójdzie źle. Gdy pojawi się nadzieja na lepsze, wszystko staje się gorsze. Jeśli zdarłoby się radosną otoczkę, można by było uznać wydarzenia za dramatyczne, ale humor (czarniutki, oj czarniutki) jest zbyt wyraźny, żeby go ignorować.


O czym to?
 

                Quinn, Baxter, Rick i Woody przyjeżdżają na Majorkę na zaproszenie Alvo. Cała piątka zna się od czasów podstawówki, ale drogi czwórki przyjaciół i ich gospodarza trochę się rozeszły. Mężczyźni mają nadzieję, że te wakacje pomogą im odnaleźć szczęście albo przynajmniej trochę osłodzą dotykający ich kryzys wieku średniego. Niestety wypoczynek zakłócają wybuchające co chwila kłótnie, podejrzane utopione kozy w basenie, handlarze narkotykami i wrobienie bohaterów w morderstwo.



Kocham ich reakcje.


                To nie jest opis całego serialu. To nie jest nawet opis jednego sezonu. Ilość zwrotów akcji  jest niesamowicie duża. Co chwila znajdujemy się w innym miejscu. Bohaterowie rozwiązują problem, by zaraz dostać kolejnym między oczy. Każda zmiana jest zmianą na gorsze, każda decyzja mści się na nich podwójnie. A wszystko to okraszone smoliście czarnym humorem. Twórcy nie mają litości dla swoich postaci, a przy tym widać, że bardzo dbają, żeby byli jak najbardziej ludzcy i charakterystyczni.


Bohaterowie


                Ten serial stoi relacjami. Jeśli mam być szczera, to mnie na początku odrzuciło. Nie potrafiłam kompletnie zrozumieć facetów po czterdziestce, których kryzys wieku średniego boleśnie kąsa w tyłki. Wydawali mi się tacy antypatyczni i obrzydliwi. Nie potrafiłam się wczuć. Dopiero przy końcówce 1 sezonu (4 odcinek) poznałam ich na tyle, żeby zacząć wykazywać minimum empatii. Potem było już z górki, zaakceptowałam ich wszelkie wady. Przecież to dzięki nim fabuła cały czas skręcała w złą stronę. Podejrzewam, że większość widzów szybciej zacznie patrzeć przychylnie na tych skaczących sobie do gardeł gości.


                Zaskakujące jest to jak prawdziwe wydają się te postacie w tym chaotycznym, absurdalnym świecie. Złożoność ich psychiki i relacji mogłaby zaspokoić niejeden dramatyczny , psychologiczny twór. Może dlatego humor tak mocno wybrzmiewa? Kontrasty są przecież w cenie.



Sceny związane z lodówką to komediowe złoto. Czarny humor to jednak moje klimaty.


                Nie będę opisywać głównych bohaterów, bo odkrywanie ich charakterów czy problemów jest największą przyjemnością. Podzielę się tylko przemyśleniami o Alvo, bo było w nim coś tak nieprzyjemnego, że potrzebuję to z siebie wyrzucić. Nie, nie chodzi o to, że był złą postacią. Był świetny. Chodzi o to, że nie czułam się zbyt dobrze, gdy pojawiał się na ekranie. Wszyscy bohaterowie byli sfrustrowani i ciągle się kłócili, ale on dowalał najbardziej. Jego pasywna agresja była widoczna w każdym ruchu. Nie rozumiem dlaczego zaprosił kolegów do siebie. Chciał poczuć, że ma kogoś bliskiego? Chyba tak, skoro jednak uwzględnił ich w spadku. Ale skąd w takim razie taka wrogość, wybuchająca co jakiś czas? Chociaż wolałam widzieć jak czepia się wszystkich po kolei, niż jak rzuca "misiu" albo trzyma za biodra swojego kumpla, który wyraźnie nie czuje się z tym zbyt dobrze. Przypominał mi „koleżaneczki”, które nic sobie nie robią z przestrzeni osobistej, bo dzięki takiemu skracaniu dystansu ich słowa czy czyny (często wredne) mają większe odziaływanie. Pojawia się rozdźwięk między bliskością fizyczną kojarzoną z bliskością, a wrogimi słowami. Nienawidzę takich ludzi.


Komu polecam?


   - Miłośnikom czarnego humoru.
   - Miłośnikom szybkiej akcji.
   - Lubiącym świetnie zbudowane postacie.
   - Miłośnikom klimatów gangsterskich widzianych od strony przypadkowo wmieszanych ludzi.
   - Ludziom, którzy potrafią zrozumieć problemy facetów z kryzysem wieku średniego. To pomoże w seansie.
   - Nie sądzę, żeby to była historia dla wszystkich, ale polecam spróbować.

Już bardzo prywatnie:

Pierwsze 4 minuty 01s01e są strasznie amatorskie. Widzę w jaki sposób ruszają kamerą, a nie sam film. Potem powtórzyło się w sezonie 3 w scenie na łodzi, ale to już bardziej rozumiem. Nie musieli mieć koniecznie odpowiedniego sprzętu amortyzującego wstrząsy, ale tej maniany na lotnisku im nie wybaczę.
Nie jestem pewna czy wolę Baxtera (jeśli ktoś ma oberwać, to zawsze on), czy może Quinna (zaimponował mi swoimi wyborami już pod koniec 1 sezonu), czy może wszystkich po równo nie lubię.
Chyba jestem za młoda na ten serial. Za parę lat złapałabym pewnie lepszą więź.

Zdjęcia tu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz